Polska aktorka: Chciałam grać dla Niemców
2 sierpnia 2026
Skończyła Pani szkołę teatralną w Łodzi z wyróżnieniem, trafiła do Teatru Rozmaitości w Warszawie. Wszystko szło zgodnie z planem. I nagle – wyjazd do Niemiec. Co się stało?
Joanna Stanecka*: Zawiodła mnie miłość. Dosłownie. Mój mąż dostał angaż w Niemczech i przenieśliśmy się do Drezna. Myślałam, że na rok, może dwa, żeby zobaczyć, poznać kulturę, nauczyć się języka. Zupełnie nie planowałam tego, co się potem stało.
Brzmi jak bajka…
- Nie do końca. Powiem szczerze: byłam też rozczarowana. Po szkole teatralnej, gdzie mieliśmy 72 godziny zajęć tygodniowo, dla ciała, umysłu, intelektu, i tak intensywnie, że człowiek padał na twarz ze zmęczenia, nagle trafiłam do Warszawy, gdzie próby były wiecznie przekładane: a bo rura pękła w teatrze, a bo ktoś zachorował i nie zdążył uprzedzić zespołu. Czasy były inne: seriale w telewizji były dwa, agencje aktorskie - dwie na całą Polskę. Pracy było mało. Mój temperament tego nie wytrzymywał.
Środowisko nie próbowało Panią zatrzymać?
(Śmiech) - Nie przypominam sobie, żeby ktoś próbował. Może byłam zbyt rozczarowana, żeby pytać. Myślałam impulsywnie o tym, co jest teraz, w tym momencie. Potrzebowałam czegoś nowego.
Przyjechała Pani do Niemiec bez znajomości języka…
- Nie znałam ani słowa po niemiecku. Nie mogłam sobie jednak pozwolić na płatne kursy, więc zdałam egzamin na anglistykę i korzystałam z bezpłatnych zajęć dla studentów. Były to kursy dla początkujących. Chodzili na nie ludzie z Chin, Iraku, Afryki, z przeróżnymi akcentami. Niewiele mi dały. Kupowałam więc „Die Zeit", najtrudniejszą gazetę, jaką można sobie wyobrazić. I tłumaczyłam słowo po słowie. Była cała zapisana drobnym maczkiem.
Radzono mi też, żebym oglądała seriale dla kobiet i rozmawiała z mamami na placu zabaw. No to oglądałam te seriale i chodziłam na place zabaw, gdzie kobiety opowiadały mi, że w Aldi cielęcina kosztuje 3,20 euro, a w Lidlu 3,40. Przydatne, ale nie do monodramu.
Urodziła Pani trzech synów i kilka lat minęło według innego scenariusza. Kiedy postanowiła Pani wrócić na scenę?
- W 2014 roku doszłam do punktu, w którym czułam, że oszaleję. Pomyślałam, że jak nie teraz, to już nigdy. Próbowałam różnych rzeczy: uczyłam się tapicerki artystycznej u pewnego młodego, przystojnego Niemca (śmiech), starałam się o pracę w sklepach z modą. Nie wyszło. Nie mogłam zmienić zawodu, bo on był we mnie za głęboko. Napisałam więc monodram.
Wcześniej jednak była konieczność praktyczna: mając trójkę dzieci, nie mogłam chodzić na regularne próby zespołowe. W Niemczech przedszkola były dostępne tylko do12:30, szkoły do 13:00, świetlice to luksus dla matek pracujących na etacie. Kiedy więc dzieci szły spać, robiłam próby, wymyślałam koncepcję, pisałam teksty. Monodram był jedyną możliwą formą.
I tak powstał spektakl „My Farm", który pojechał na Broadway.
- Tak. Napisałam sztukę o swoim życiu. Komediodramat w formie bajki ze zwierzątkami. Przetłumaczono ją na angielski i pojechałam z nią na festiwal monodramów na Broadway. Nie myślałam jednak wtedy biznesowo, po prostu chciałam wyjść na scenę.
Potem przyszła „Cudzoziemka". I ten tytuł chyba mówi wszystko?
- Ten tytuł jest bardzo trafny. Gdziekolwiek pojadę, jestem cudzoziemką. Nawet w Polsce. Mam ją w sercu, ale patrzę na nią z dystansu. Widzę polskie DNA jak w soczewce, tę mentalność, którą ludzie mieszkający w Polsce często trudno dostrzegają, bo są w niej zanurzeni. Ja to widzę z zewnątrz. I nie jest to ani lepiej, ani gorzej, po prostu inaczej.
„Cudzoziemkę" grała Pani w obu językach - po polsku i po niemiecku. Jak to wygląda w praktyce?
- W zależności od sceny: dla niemieckiej publiczności gram po niemiecku, dla Polonii w Niemczech i publiczności w Polsce - po polsku. Ale od początku robiłam rzeczy dwujęzycznie, bo zależało mi na tym, żeby nie zamknąć się w getcie polonijnym. Chciałam grać dla Niemców. I to się udało.
Dziś jest Pani bardziej aktorką teatru niemieckiego niż polskiego?
- Zdecydowanie. Gram w ZEITMAULtheater w Bochum, w Theater im Depot w Dortmundzie, w teatrze w Düsseldorfie. Jestem w agencji artystycznej - przyjęli mnie jednogłośnie, mimo że mówię z akcentem. To był dla mnie szok, bo całe życie myślałam, że żeby grać po niemiecku, trzeba mówić absolutnie bez akcentu.
Akcent nie przeszkadza?
- Zupełnie! Niemcy wchodzą w to, co mam do przekazania. Nie analizują sposobu, w jaki mówię. Ten mój zaśpiew po prostu należy do mnie i oni to kupują. Jeśli ktoś jest żarliwy i autentyczny, to nie jest ważne, czy mówi z akcentem. Dziś jesteśmy tak wymieszani, że wszędzie spotykamy ludzi mówiących z akcentem: z Kaszub, Śląska, Afryki, Niemca mówiącego po polsku. Akcent jest po prostu ludzki.
Grała Pani też w serialach po obu stronach granicy.
- W Polsce grałam w „M jak miłość" i „Na Wspólnej". Ale te role były dla mnie raczej rozgrzewką po długiej przerwie. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze potrafię coś zagrać przed kamerą. W Niemczech zagrałam w „Polizeiruf 110", w horrorze kryminalnym „Oderbruch" dla ARD.
I?
- I tam poczułam różnicę w organizacji pracy. Kiedy wychodziłam z taksówki na plan zdjęciowy, czułam się jak Julia Roberts. Zaraz się mną opiekowali, prowadzili do konkretnej garderoby, wszystko było zaplanowane co do minuty. A kiedy kończyłam pracę, kierownik produkcji wstał, powiedział moje nazwisko i wszyscy obecni na planie bili brawo. Tak się żegna aktora, który ma ostatni dzień zdjęciowy. Popłakałam się.
A samo środowisko? Jak została Pani przyjęta przez koleżeństwo?
- To był dla mnie kulturowy szok. Pozytywny. W Polsce pamiętam garderoby pełne rywalizacji między kobietami. W Niemczech przyszłam do teatru i byłam zaszokowana życzliwością. Kobiety pracowały ze mną cierpliwie nad wymową, tłumaczyły mi niuanse języka. Nie poczułam ani razu zniechęcenia, że coś źle wymówiłam. To było bardzo piękne. Czułam, że pchamy tę samą taczkę.
Pisze Pani też sztuki i to takie, które potem są nagradzane. „Moniuszko i jego Europa" dostała w 2018 roku Nagrodę im. Królowej Rychezy za propagowanie polskiej kultury za granicą.
- Pisałam sztuki, w których chciałam zagrać, o tematach, które mnie interesowały. Emigracja zmusiła mnie do bardzo autorskiego podejścia do zawodu. I to okazało się siłą. Współpracuję z niemiecką aktorką Marią Wolff. Razem napisałyśmy kilka sztuk dotykających relacji polsko-niemieckich, kobiecości, rodzin mieszanych. Ostatnio „Viva la Vulva" - o seksualności kobiecej i wielopokoleniowym zawstydzaniu. Gramy po niemiecku, dla niemieckiej publiczności. Polacy rzadko przychodzą.
Czym różni się polska publiczność od niemieckiej?
- Zupełnie inne światy. Niemcy są bardziej wnikliwi - chcą zrozumieć, mają potrzebę zostać po spektaklu, porozmawiać, przepracować to, co zobaczyli. Polacy są bardziej spontaniczni, reagują sercem, brzuchem - natychmiast, impulsywnie. Żaden świat nie jest gorszy, po prostu inny.
Czy kiedykolwiek żałowała Pani, że wybrała emigrację?
- Zdarzały się takie chwile, ale krótkie. Kiedy nie mogłam nauczyć się roli po niemiecku i myślałam, że po polsku miałabym ją w dwa dni, wtedy tak. Były to jednak momenty, nie okresy. Nie myślę kategoriami „co by było, gdyby". Z pokorą i radością przyjmuję to, co mi dane.
Emigracja sprawiła, że zostałam autorką swoich własnych sztuk. Może gdybym została w Polsce, nie napisałabym ich. Nie wiem. Jedno wiem na pewno: Polska jest w moim sercu, ale Niemcy dały mi scenę.
Ma Pani jakąś radę dla młodych aktorów, którzy stoją przed takim wyborem?
- Przede wszystkim język. Nie czekaj, aż będziesz mówić idealnie. Zacznij mówić, zanim będziesz gotowa. Ja dostałam się do agencji z akcentem. Najważniejsze to nie bać się i być autentycznym. Bo jeśli masz coś do powiedzenia i mówisz to żarliwie, język zejdzie na drugi plan.
*Joanna Stanecka – aktorka, autorka monodramów i sztuk teatralnych, wokalistka. Absolwentka PWSFTviT w Łodzi. Od 2000 roku związana z teatrem niemieckim, m.in. ZEITMAULtheater w Bochum i Theater im Depot w Dortmundzie. Zagra w najnowszym sezonie kultowego polskiego serialu „Ranczo".